Farby ziołowe z chemicznymi dodatkami

Dzień dobry, żyję!

Dzisiaj weźmiemy pod lupę temat kontrowersyjny, czyli henna nie do końca będąca henną. Nie od dzisiaj na rynku istnieją produkty z dodatkami chemicznymi, nazywające się „henną”. Są dostępne w pełnej gamie kolorów, zapewniają nam, że dadzą nie tylko kolor, ale i odżywienie.
Przyczyniły się do powstania wielu mitów o hennie i do braku zaufania do ziół. Szkoda, że zostało w nas zaufanie do producenta- jeżeli ten napisze, że to „henna”, to mówimy, że farbujemy henną. Jak napisze „bez SLS” to myślimy, że szampon delikatny.
Na dobrą sprawę chyba nikt nigdy się nie zainteresował kontrolą tego rynku- ani u nas, ani na świecie. Henna podpada pod kategorię „koloryzacji”, a w farbach fryzjerskich czy drogeryjnych znajdziemy gorsze rzeczy niż jakiś tam „Yellow 4”. Istnieją co prawda firmy, które starają się o różne certyfikaty (SATTVA, Orientana)… I gubią się w tych sprzedających „hennę” przy okazji. Niedoświadczony konsument, który wcześniej katował włosy farbami drogeryjnymi nie zawsze będzie się zastanawiał, czy to, co ma w rękach jest w 100% czyste, pro-eko i w ogóle super. Zakłada, że henna to takie „mniejsze zło” i byłoby na tyle.

Argumentem za gorszymi produktami często jest cena- mniejsze pojemności domieszkowanych farb ziołowych kuszą, bo inaczej wygląda na jedno opakowanie wydać 5 zł a inaczej wygląda wydać na nie 30 zł (a że wydajemy 30 zł na świetną, dobrze zmieloną hennę o przynajmniej 4x większej pojemności to już szczegół).

Rodzaje henny domieszkowanej

Produkty, które znajdziemy na rynku pod nazwą „henna” i nie będące tylko henną możemy podzielić na kilka grup. Według mnie przypisanie do konkretnej grupy w tym wypadku determinuje, jak bardzo powinniśmy się bać tego, co trzymamy w ręce.

  1. Henna (czysta, zioło) z dodatkami ziołowymi, czyli to, co tygryski lubią najbardziej. Mają ją w ofercie zaufane firmy (SATTVA, Khadi, Orientana), zawierają rzetelny skład informujący nas o tym, że oprócz henny (lawsonia inermis) znajdziemy tam na przykład w brązach indygo (indigofera tinctoria), cassię (cassia obovata) czy inne roślinki. Naszą uwagę powinno zawsze zwracać indygo- jeżeli nie jesteśmy pewni, że chcemy zostać przy kolorze, który nakładamy i nasze włosy będą miały w przyszłości kontakt z rozjaśniaczem, to nie powinniśmy używać mieszanek zawierających indygo, bo grozi to glonem.
  2. Henna w proszku z dodatkami syntetycznymi wykazanymi w składzie INCI. Jeżeli producent otwarcie przyznaje się nam do dodania do proszku barwników w celu uzyskania konkretnych kolorów, to po pierwsze ma jaja nazywać taki twór henną (patrzę na Was ELD, Venita…), a po drugie brawo. przynajmniej wiemy, na czym stoimy. Możemy sprawdzić, co to za składnik, zdecydować, czy chcemy go używać, czy nie. Tak ogólnie, to barwniki w farbach nieoksydacyjnych (takich, gdzie nie ma składnika będącego utleniaczem) są dla nas bezpieczne i o ile nie mamy uczulania, nie powinny być dla nas niebezpieczne. Należy jednak zwracać uwagę na PPD (p-Phenylenediamine) oraz składniki utleniające (-oxide).  Ponadto producent nie łudzi się na mówienie nam, że jego produkt jest zupełnie naturalny, a my powinniśmy mieć świadomość tego, czym farbujemy. Bardzo często taka farba będzie mniej trwała niż henna i będzie się stale wypłukiwać.
  3. „Henna” w kremie (Venita), w rożkach (Golecha), tubkach (Delia) i innych płynnych formach (HENNA DO BRWI, HĘ?!), czyli to, co spędza sen z oczu wszystkim artystkom mehendi. Najczęściej bywa semi permanentną farbą syntetyczną, z barwnikami, oksydantami i całą resztą zabawnego arsenału. Jeżeli zawiera w sobie hennę, to dla ozdoby. Nie ma wartości odżywczych jak henna chyba, że producent doda tam składników które zazwyczaj dodaje się do odżywek, często przez składniki utleniające i konserwanty może być nie tylko niszcząca dla włosów, ale wywoływać straszne reakcje alergiczne na skórze. Obok henny te twory nigdy nie stały, stanowią chwyt marketingowy i pułapkę na nieświadomego konsumenta.
  4. Najgorszy sort- „henna” z domieszkami, do których nie przyznaje się producent. Czasami to nie wiadomo, czy to w ogóle henna, czy sam barwnik. Barwnik otoczony barwnikiem, coby się nie wydało, barwiony, perfumowany. Generalnie to kot w worku. Nie posiadamy informacji na temat składu, nie wiemy, co mamy w rękach i możemy się jedynie modlić, że będzie ok. Jeżeli nie mieliście Wy lub inne osoby w Waszym otoczeniu do czynienia z daną firmą, to nie warto. Takie produkty mogą mieć też dodatki, które reagują z rozjaśniaczem później tak, że palą włosy. A jeżeli macie serce eksperymentatora, to zawsze można sprawdzić, czy proszek jest czysty. Jednocześnie chciałabym zaznaczyć- taka farba może być też opisana jako „100% henna”, lub coś w ten deseń. I to jest w niej kurczę najgorsze, bo nigdy nie wiadomo, na co trafimy. Jest przejawem ignorancji i wszystkiego, co może być najgorsze w producencie.

Moje doświadczenie z domieszkowaną henną

Nie boję się przyznać, że nie raz zdarzyło mi się coś takiego na włosy położyć i nawet mam w domu trochę takiej „henny”- w moim przypadku akurat proszek sprawdzony i nie wywołujący u mnie żadnych reakcji. Jak to się mówi „na zaś”, w razie czego, może będzie apokalipsa i zabraknie mi prawdziwych ziółek. Przy okazji dlatego, że nie lubię wyrzucać produktów, które są do użycia i mam do nich jakieś zaufanie. Ale może nie o tym…

Moje pierwsze doświadczenie z henną to była ELD w kolorze chna- jedyna z ELDów bez domieszek. Wyszła średnio, szybko się zmyła. Nie mam chyba nawet zdjęć tego „czegoś”, bo nie zrobiła dla mnie kompletnie nic.

Po poszukiwaniach na blogach znalazłam hennę Mumtaz, która według osób, które jej używały, była czysta. Faktycznie dawała mi bardzo dobre rezultaty przez czas, kiedy jej używałam. Ale ktoś postanowił ją podrobić, więc obecnie na rynku nigdy nie wiadomo, jaką Mumtaz kupujemy, a przy okazji Mumtaz całkiem możliwe, że również ma jakiś dodany barwnik. W każdym razie na początku powodowała, że moje włos były mocno rude, stawały się ożywione i migotały jak miedziane druciki.

Następnie skusiłam się na ELD w kolorze Rubina. Kolor był piękny, naprawdę, cudowny… Do 1 mycia. Nic po nim nie zostało. A piękny był…

Trochę później eksperymentowałam jeszcze z chemicznym Mumtazem i Banjaras, głównie na papierze, ale też na włosach. Nawet całkiem niedawno, postanowiłam sobie przypomnieć, jak to jest. Efekty mojej ostatniej przygody z chemiczną „henną” są tutaj, a tymczasem pomówmy o czymś ważniejszym…

Co ja uważam o domieszkowanej hennie?

Nie żebym była jakaś ważna, ale w tym wypadku trochę trudno mówić zupełnie bezstronnie. Nie da się- albo może da się, ale to nie jest ani proste, ani opłacalne, bo później mówią, że ja polecam sztuczną hennę, bo śmiem nie palić jej na stosie. Ehh. Po kolei!

  1. Farby ziołowe zawierające hennę i domieszki ziołowe są spoko. Trochę irytuje mnie, jak nazywa się to henną, bo później wychodzi, że rozjaśniana henna to glon, mamy nagle hennę czarną, blond, czerwoną, rudy i każdy kolor świata. Co nie jest tragedią, ale bardzo przeszkadza w komunikacji.
  2. Henna z wypisanymi w INCI domieszkami jest w porządku, o ile nie zawiera oksydantów a wymienione barwniki są bezpieczne dla kontaktu ze skórą, a producent odpowiednio powie, jak się z takim proszkiem obchodzić.
  3. Farby ziołowe w tubkach podające się za hennę są pomyłką i mogą wyrządzić spore szkody szczególnie, jeżeli ktoś myśli, że ma do czynienia z ziołowym produktem.
  4. Farby podające się za hennę z domieszkami nie wymienionymi w składzie to dzieło szatana, a używanie ich jest na własną odpowiedzielność.

Więc…

po co się w ogóle rozpisywać, skoro można powiedzieć, żeby kupować tylko czystą hennę, bo domieszkowana henna jest zła? Ano dlatego, że, moi drodzy, ja lubię i cenię wiedzę. Świadomość. Jeżeli rozmawiamy o ziółkach, to rozmawiajmy o wszystkim, a może w szczególności o tym, na co złego możemy się natknąć. Ale nie tak, żeby straszyć, jak dziecko ogniem, tylko, wiecie… Wytłumaczyć. Bo wiedza, świadome robienie zakupów, świadome kładzenie sobie czegokolwiek na głowę jest ważniejsze od wszystkich pro eko cudo certyfikatów, które będzie miała nasza najczystsza henna, podlewana wodą z gór i zbierana przez blond dziewice w satynowych rękawiczkach.

Jeżeli miałabym komukolwiek radzić, to radzę kupić hennę czystą. Samodzielnie dobrać ewentualne dodatki ziołowe i nie polegać na barwnikach syntetycznych. Henna jako zioło ma cudowne właściwości wspierające strukturę włosa, powodujące, że staje się grubszy i mocniejszy. Jeżeli chcemy zadbać o swoje włosy i przy okazji je zafarbować, to nie ma lepszego wyboru.

Jeżeli nie potrzebujemy koloru na stałe i mamy gdzieś dobroczynne właściwości henny, to nie wydaje mi się, żeby przygoda z domieszkowaną henną z barwnikami wymienionymi w składzie była zła. Najważniejsze jest mieć świadomość tego, co kładziemy na głowę i jakie może mieć to skutki.

Jeżeli pasuje nam farba w tubce, nazywająca się fałszywie „henną” i jesteśmy świadomi, że to farba, to nie widzę problemu, by jej używać.

Jeżeli wiemy, że jakaś firma co prawda w składzie nie mówi całej prawdy, ale produkt jest bezpieczny i chcemy zaryzykować, to ja nie będę swoim ciałem żadnych włosów chronić.

Jak postępować z henną z domieszkami?

Najczęściej najlepiej jest zastosować się do rad producenta. Szczególnie, jeżeli używamy henny domieszkowanej barwnikami- nigdy nie wiadomo, czy barwnik nie zareaguje z czymś, co postanowimy dodać do błotka.

  1. Mieszanki z indygo nie odstawiamy i nie zakwaszamy i zalewamy letnią wodą. Mieszanki z innymi ziołami możemy zakwasić, odstawić, zalać cieplejszą wodą, większość z nich nie reaguje źle na te czynniki. Jeżeli producent ma jakąś specjalną metodę na dane ziółko, to zawsze można ją wypróbować.
  2. Mieszaki z barwnikami zalewamy wodą według instrukcji, nie odstawiamy, nie trzymamy na głowie długich godzin. Bez względu na to, czy domieszki są czy nie są wyszczególnione w INCI unikałabym zakwaszania takiej ziołowej farby.
  3. Farby ziołowe w tubce nakładamy według zaleceń producenta, nie trzymamy na włosach dłużej, niż to konieczne.

Dobrze jest wykonać zawsze test alergiczny przy nowym produkcie tak, aby mieć pewność, że nie dostaniemy reakcji alergicznej. Jednocześnie reakcja alergiczna może wystąpić również po dłuższym czasie używania jakiegoś produktu, nie tylko od razu po rozpoczęciu stosowania.

Słowo na koniec- CZYTAJMY SKŁADY. Miejmy świadomość tego, co nakładamy na głowę. Starajmy się nie postępować bezmyślnie i patrzeć krok w przód, a nie wstecz.

Jeżeli macie jakieś pytania lub wątpliwości, serdecznie zapraszam na grupę WŁOSING i pod post hennowy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.